Kamil Socha Trenerem Roku 2016 [WYWIAD]

1
608

Trener Unii Skierniewice, Kamil Socha, został wyróżniony tytułem Trenera Roku 2016 w Skierniewicach. W zeszłym roku podopieczni Sochy awansowali do IV. ligi nie przegrywając żadnego meczu ligowego. Korzystając z okazji zapraszamy na wywiad z laureatem.

 

– Trener Roku 2016 Kamil Socha. Jak się z tym czujesz?

Kamil Socha - Unia Skierniewice
fot. Unia Skierniewice

Cóż nie ukrywam, że to miłe, ale powtórzę to, co mówiłem na gali. Odbieram to wyróżnienie, jako nagrodę dla całego klubu i piłki nożnej w Skierniewicach. Dawno nikt ze środowiska piłkarskiego nie był tak doceniony. W zeszłym roku Rafał Rożek zajął drugie miejsce, w tym roku ja wygrałem, może nadchodzą lepsze czasy dla piłkarzy? Nagrodę odbieram, jako docenienie ogromu pracy, jaki wykonaliśmy w odbudowę Unii Skierniewice, oraz mojej drogi trenerskiej, zwieńczonej zdobyciem UEFA PRO, najważniejszych uprawnień trenerskich w świecie. W Polsce obecnie jest jedynie około 180 trenerów z taką licencją.

Nagroda jest zasługą moich piłkarzy i działaczy Tomka Grędy, Sebastiana Pazurka i Pawła Trojana (kolejność alfabetyczna). Bez nich by jej nie było, natomiast dedykuję ją mojej rodzinie, która wie jak ciężko momentami być trenerem i wspiera mnie w tym bardzo mocno. Ktoś kiedyś powiedział, że zawód trenera to najwspanialszy zawód świata od poniedziałku do piątku.

– Jak to się stało, że zostałeś trenerem?

– Szybko skończyłem grać w piłkę. Miałem może z 26 lat, gdy zrezygnowałem z grania. Spadliśmy wtedy z III ligi, było sporo nieporozumień, pracowałem już wtedy, jako dziennikarz sportowy i postanowiłem odejść z Unii. W podjęciu tej decyzji pomógł mi też epizod w Widzewie, do którego trafiłem dzięki trenerowi Kamińskiemu, który trafił do Unii na początku lat 90-tych. Spodobała mu się postawa moja i Pawła Karbowiaka. Wysłał więc najpierw Pawła na trening I drużyny Widzewa. Niestety z różnych przyczyn, najlepiej o nich wie Paweł, nie udało się i „Karbo” wrócił do Skierniewic. Szkoda, bo to był jeden z najbardziej utalentowanych piłkarzy, jakich znałem. Nauczony doświadczeniem Kamiński wysłał mnie na trening rezerw Widzewa, grających wówczas w starej III lidze. Pamiętam jak dziś, jakie to było dla mnie, młodego chłopaka przeżycie. Choć wychowywałem się w Siedlcach w otoczeniu samych kibiców Legii, moim klubem był Widzew, który zaszczepił we mnie mój tata. I nagle przebieram się w szatni wielkiego Widzewa, trenuję na boisku z zawodnikami, których oglądałem w telewizji. Ta myśl tak mnie uskrzydliła, że fruwałem między słupkami jak natchniony. Po treningu trener Mirosław Westfal, świetny fachowiec, wezwał mnie do siebie i zadał proste pytanie: “Co chcę tu robić?” – Odparłem, że grać i tak znalazłem się w Widzewie. Co ciekawe debiutowałem w meczu z Kujawiakiem Włocławek, a sędziami w tym meczu była trójka ze Skierniewic z Janem Grzelką, jako głównym. Nie było jednak tak pięknie, największy wpływ wywarł na mnie trening z Andrzejem Kretkiem. Któregoś dnia wyszliśmy razem na zajęcia, szedłem obok niego jak uczniak. Wyższy ode mnie prawie o głowę, zawsze miałem z tego powodu żal do losu. Z moimi 180 centymetrami było ciężko. Na treningu nie mogłem się skupić, wpuszczałem strzał za strzałem, a on łapał wszystko, zrozumiałem, że daleko mi do prawdziwej kariery. Myślę, że nigdy nie byłem wybitnie uzdolniony, do wszystkiego dochodziłem ciężką pracą na treningach i uporem, ale pewnych granic bym nie pokonał. To wszystko pomogło mi podjąć decyzję w kluczowym momencie i zająć się trenerką.

– To był koniec z graniem w piłkę?

Kamil Socha
Kamil Socha / fot. archiwum prywatne

Błąkałem się później gdzieś po niższych ligach, ale to nie było poważne. Rozpocząłem, więc swoją przygodę na ławce trenerskiej. Na początek z drużyną GKS Łyszkowice. Godziłem to wszystko z pracą dziennikarską, najpierw w gazetach, później pomagałem tworzyć w Skierniewicach Radio RSC, zawsze lubiłem czytać, miałem dobrą dykcję, nie bałem się mikrofonu, więc bardzo podobała mi się praca w radiu. Dostałem cynk, że poszukują dziennikarzy w radiu ESKA w Warszawie, poszedłem na przesłuchania i szybko dostałem angaż. Spędziłem tam świetne lata, do chwili, gdy zadzwoniła koleżanka z propozycją pracy w Radiu Zet. Zostałem, więc wydawcą wiadomości w Zetce, głównie na noc by móc godzić to ze swoją pracą trenerską. Tak, więc w nocy tworzyłem i czytałem wiadomości w Zetce, a w dzień pracowałem, jako trener. Taki tryb życia odbijał się na moim zdrowiu, trzykrotnie miałem niebezpieczne zdarzenia na drodze, wracając rano po nocce z Warszawy do domu. Za trzecim razem, gdy przysnąłem za kierownicą i wylądowałem samochodem w rowie podjąłem decyzję z żoną, że czas wybrać: radio lub trenerka. Wybrałem zawód trenera i tak jest już kilkanaście lat.

– Żałujesz?

Czasami, ale rzadko mam chwile zawahania, wtedy przypominam sobie jak ciężko walczyłem by zdobyć te wszystkie uprawnienia, by dostać się na te wszystkie kursy i ile mnie to kosztowało, również finansowo. Czasem słyszę różne głosy na temat zawodu trenera. Lekceważące, kpiące, zazdrosne, to jeden z najniewdzięczniejszych zawodów. Wszyscy uważają, że byliby lepsi w nim od rzeczywistego trenera. Tylko, dlaczego jest tak mało osób, które by zaryzykowały i spróbowały?

Kamil Socha
Kamil Socha / fot. archiwum prywatne

Od kilkunastu lat jestem zawodowym trenerem, zdobywałem kolejne szczeble, skończyłem kurs instruktora, UEFA A, II klasy, I klasy i ostatnio UEFA PRO. Dzięki temu jestem w gronie około 180 trenerów w Polsce z takim uprawnieniami. Ale do wszystkiego musiałem dojść sam, nikt nie płacił za moje kursy. By zapłacić za możliwość zrobienia kursu UEFA PRO musiałem sprzedać motocykl i wziąć kredyt, bo samo wpisowe kosztowało 18.000 zł. Dochodzą koszty podróży, noclegów, wyżywienia, stażu zagranicznego czy wyjazdu na ME do lat 21 w Czechach.

Jednak pieniądze to nie wszystko, by zostać zakwalifikowanym trzeba spełnić jasno określone warunki, które wcale nie są łatwe. Nie można wejść z ulicy i powiedzieć chcę być trenerem PRO. Trzeba mieć odpowiedni dorobek i zostać dopuszczonym przez komisję. To jest czasem trudniejsze niż zdobycie pieniędzy.

Ja od początku tego chciałem. Wszelkie staże, jakie odbyłem zagraniczne czy polskie opłacałem z własnej kieszeni. Wszystko, co zarabiałem pakowałem w swoją edukację. Gdybym podliczył wydane na to pieniądze wystarczyłoby na wysokiej klasy samochód. Ryzykowałem, bo żaden papier nie zagwarantuje mi pracy, ale bez niego nie byłbym trenerem.

Niczego jednak nie żałuję. Poznałem na kursach fantastycznych ludzi, trenerów, z którymi łączą mnie do dziś przyjacielskie relacje. Na kursie UEFA A byłem z Marcinem Prasołem i Irkiem Mamrotem, po latach spotkaliśmy się na kursie UEFA PRO. Marcin jest teraz w sztabie reprezentacji Polski u trenera Nawałki, a Irek jest jednym z najzdolniejszych trenerów w Polsce i prowadzi od wielu lat Chrobrego Głogów. Jestem pewien, że niedługo otrzyma szansę w ekstraklasie i ją wykorzysta.

– Pierwszy poważny sukces miałeś z Unią?

– Tak, to był rok 2005, w klubie działo się coraz gorzej, postanowiono pożegnać się z wieloma doświadczonymi zawodnikami, pozostali jedynie Żaglewski, Szymczyk, Gręda, Buchowicz i młodzież z drugiej drużyny, która miała za sobą pół roku gry w IV lidze. Pamiętam jak zaprosił mnie do siebie prezes Sękalski i spytał się o moją koncepcję drużyny. Pół roku wcześniej miałem podobną rozmowę w sprawie awansu rezerw. Miałem młody zespół na bazie juniorów Unii, który wygrał ligę, ale Zarząd bał się dopuścić go do gry w IV lidze. Obawiano się kompromitacji, tym bardziej, że od wielu lat zespoły z naszego okręgu po awansie zaraz spadały. Walczyłem wtedy o ten awans, aż prezes Sękalski postawił sprawę jasno, dopuści nas do gry w IV lidze, jeśli wezmę to na swoją odpowiedzialność. Oznaczało to, że jeśli by nam nie wyszło, stracę pracę. Bez namysłu się zgodziłem. Okazało się, że zajęliśmy miejsce w środku, stając się rewelacją rozgrywek. Myślę, że to było kluczowe dla rozwoju niektórych zawodników, tu odkrywały się talenty Wojtka Borowca, Dariusza Lipińskiego czy Łukasza Michalskiego. Jestem pewien, że to przekonało władze Unii by oddać pierwszy zespół w ręce młokosów, moje i chłopaków z II zespołu. Nie było łatwo, spisywali nas na straty, byliśmy głównym kandydatem do spadku. Lekceważono nas, a jednak zajęliśmy na koniec 5. miejsce, prawie do końca licząc się w walce o awans. Pokonaliśmy wtedy w lidze, w najważniejszych derbach, Pelikan Łowicz na ich boisku 1:0. Zwycięską bramkę zdobył wychowanek Pelikana Marcin Grzywacz. Zaraz po bramce musiał zejść z boiska, bo podczas radości skręcił kostkę. Mecz był bardzo dramatyczny, derby z Pelikanem zawsze są ekscytujące dla kibiców, a zwycięstwo na boisku przeciwnika ma ogromną wagę. Robiliśmy, więc wszystko by dowieźć wynik do końca tymczasem, co chwilę musiałem zdejmować kolejnych kontuzjowanych. Wygrana była dla nas ogromnym zastrzykiem wiary we własne możliwości, a dla gospodarzy wielkim zawodem. Mam nadzieję, że niedługo takie mecze wrócą, to było zawsze wielkie wydarzenie dla naszej społeczności piłkarskiej.

– Po tym sukcesie nie zostałeś jednak w klubie, dlaczego?

– Słyszałem na ten temat wiele plotek bzdurnych i głupich. Jak było i dlaczego odszedłem wiem ja i kilka innych osób, które były podczas spotkania, na którym zapadła ta decyzja. Niech tak zostanie, stało się. Takie jest życie trenera, w angielskiej Premier League średni czas pracy trenera wynosi 2,36 roku, odliczając Arsenea Wengera już tylko 1,7. W Serie A ta średnia to 1,31 roku, a w La Liga 1,34. To najlepszy komentarz.

– Później była Mazovia, Mszczonowianka, znów Unia, Kutno i Legia…

– Pracę w Mazovii wspominam najlepiej. Trafiłem na fantastyczną grupę młodych zawodników, którzy chcieli się uczyć, choć gdy świętej pamięci kierownik Klubu Marek Kosela przywiózł mnie na mecz Mazovii byłem załamany. Wyglądali fatalnie pod względem organizacji gry. Nie bałem się jednak wyzwań i zgodziłem się. Stworzyliśmy świetną ekipę na i poza boiskiem, awansowaliśmy do IV ligi staliśmy się rewelacją rozgrywek. Całą drużynę wspominam z wielkim sentymentem, nie chcę nawet wymieniać nazwisk, bo musiałbym wymienić wszystkich. Zdecydowanie brylował jednak Bułgar Swetosław Byrkaniczkow, to był piłkarz z innej planety w tej lidze. Kulisy jego pozyskania to opowieść na oddzielny wywiad. Pojawił się znikąd, zapytał czy może potrenować. Po kilku dniach wziął mnie na bok i ze swoim słynnym akcentem zapytał czy mógłby zostać, bo bardzo podobają mu się treningi i zespół i chce u nas grać. Nie pytał o pieniądze, warunki mieszkaniowe, po prostu został, bo mu się podobało. Myślę, że na jego obecności zyskało wielu chłopaków z Mazovii, uczyli się od niego, a on chętnie pomagał. Teraz z wielką przyjemnością obserwuję, jak kilku z tych chłopaków robi kariery trenerskie. Bardzo im kibicuję i trzymam kciuki.

Po dobrym okresie w Mazovii otrzymałem propozycję z Pelikana Łowicz. Pojechałem i szybko się dogadałem, podaliśmy sobie ręce i zacząłem się szykować do nowej pracy. Poinformowałem Mazovię, że odchodzę i czekałem na sygnał. Byłem jednak ciągle młody i cały czas się uczyłem. Wtedy nauczyłem się, że w piłce nie ma nic na słowo. Możesz się czuć trenerem tylko wtedy, gdy podpiszesz papiery. Gdy już rozplanowałem okres przygotowawczy, dogadałem sparingpartnerów, otrzymałem telefon, że jednak nie mogę być trenerem Pelikana. Pelikan awansował do II ligi i zarząd postanowił pozostawić starego trenera.

Gdy zostałem na lodzie rękę wyciągnęła do mnie Mszczonowianka, po czym historia zatoczyła koło i wróciłem do Unii. Udało się stworzyć fajny zespół, znów oparty na młodych zawodnikach m.in. Konradzie Kowalczyku czy Bartku Broniarku. Graliśmy naprawdę dobrą piłkę, ale czegoś zabrakło. Konkretnie 1 punktu do awansu do III ligi. Szkoda, popełniłem wtedy kilka błędów, inni też. Z perspektywy lat uważam jednak, że nie byliśmy do tego odpowiednio przygotowani. Do tego pojawiły się rozgrywki polityczne, życzliwi pomogli.

– Później niespodziewanie pojawiło się Kutno

Pewnego dnia dostałem telefon od prezesa Bartola z zaproszeniem na rozmowę. Pytano mnie o wizję, sposób prowadzenia zespołu. Widocznie wypadłem nieźle, bo następny telefon dostałem kilka dni później z propozycją pracy. Drugie miejsce w lidze i wiosna bez porażki spowodowało zainteresowanie moją osobą innych klubów.

– Jakich?

– Najpoważniejszym z nich był Widzew. Zostałem zaproszony na rozmowę na stadionie. Spotkanie odbyło się z Michałem Wlaźlikiem i trenerem Radosławem Mroczkowskim. Rozmawiało się miło, wydawało się, że obie strony są bardzo zainteresowane, ja na pewno, zawsze moim marzeniem była praca w Widzewie. Kolejnego dnia dostałem telefon z pytaniem o pieniądze, jakie chcę zarabiać. Odparłem, że na pewno się dogadamy, bo zależy mi na pracy w Widzewie. Naciskany podałem kwotę, która była średnią kwotą dla trenerów pracujących w innych klubach ekstraklasy na tym stanowisku. Więcej telefonu już nie dostałem. Zostałem, więc w Kutnie na kolejny sezon, po czym otrzymałem propozycję z Legii. Była konkretna od strony szkoleniowej i finansowej. Do tego był tam mój przyjaciel Andy Sasimowicz. Trochę się zastanawiałem, ale ostatecznie się zgodziłem.

Gdy byłem już dogadany z Legią, następnego dnia zadzwonił Widzew… Michał Wlaźlik zaproponował pracę z zespołem rezerw w III lidze, śpieszyło mu się i chciał jak najszybciej decyzję. Poprosiłem o dzień do namysłu. To był bardzo trudny dla mnie dzień, serce rwało się do Widzewa rozum mówił poczekaj, pomyśl. Rozmawiałem na ten temat z najbliższymi i z przyjacielem z ławki trenerskiej. Kiedy piłka nożna jest Twoim zawodem i masz już swoje lata nie wszystkie decyzje możesz podejmować sercem, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że człowiek nie jest sam. Mam żonę i dzieci, muszę podejmować decyzje racjonalnie, nie tak jak na początku swojej przygody, gdy byłem sam i konsekwencje swych decyzji ponosiłem indywidualnie. Teraz wszystko, co zrobię związane jest z rodziną. Myślę, że wpływ na moją decyzję miał też sposób zakończenia moich pierwszych negocjacji z Widzewem. Dlatego wybrałem Legię, czas pokazał, że to był słuszny wybór. Niedługo później Widzew ogłosił upadłość, a ja przez dwa lata poznałem piłkę nożną na najwyższym w Polsce poziomie, nauczyłem się naprawdę wiele. Współpraca z Jackiem Magierą, Darkiem Banasikiem, Bernardem Kapuścińskim czy Piotrkiem Kobiereckim dała mi naprawdę wiele. Pracowałem ze wspaniałymi młodymi piłkarzami, których kilku już zadebiutowało w ekstraklasie. Miałem swoje dobre i złe dni, jak to w każdej pracy bywa, ale generalnie to były świetne dwa lata.

– No i zdobyłeś MP juniorów CLJ

Kamil Socha
Kamil Socha / fot. archiwum prywatne

– To była wisienka na torcie, gdy graliśmy w fazie finałowej wiedziałem już, że odchodzę. Robiłem jednak wszystko jak najlepiej mogłem, by cieszyć się z Mistrzostwa. Przez cały czas starałem się być sobą, nie pozować na kogoś, kim nie jestem. Wszyscy w Legii znali moje preferencje Klubowe, wiedzieli, że jestem kibicem Widzewa, ale im to nie przeszkadzało. Zresztą nie byłem pierwszy, w Akademii jest kilku zawodników, kibicujących Widzewowi. Można też wspomnieć takie nazwiska jak Władek Dąbrowski, Tomasz Łapiński, Paweł Janas czy Włodzimierz Smolarek, i wielu innych, którzy na pewnym etapie swych karier związani byli z Widzewem i Legią.  Nawet się do nich nie porównuję, ale ich przykład pokazuje, że to jest piłka nożna, nasz zawód i tutaj wiele się może zdarzyć. Ważne by zostać sobą i nie składać głupich deklaracji.

– Było też zainteresowanie Twoją osobą ze strony ŁKS Łódź?

– Coś tam może i było, jakieś zapytanie, ale zostawmy to. Kilka osób wie jak było, kilka się domyśla i niech tak będzie.

– Jakie masz plany na przyszłość?

Trudne pytanie. Na razie jestem w Unii i nie zamierzam tego zmieniać, jednak życie trenera jest, jakie jest, nie można wykluczyć niczego. Zarówno tego, że formuła współpracy z Klubem się wyczerpie, czy też otrzymania propozycji z kategorii nie do odrzucenia. Wystarczy wspomnieć Claudio Ranieriego, który niedawni cieszył się najbardziej niezwykłego mistrzostwa Anglii, a dziś jest już bez pracy.

Choć moim marzeniem jest powrót z Unią do III ligi, to by tak się stało potrzeba spełnienia wielu innych warunków. Razem z Zarządem i piłkarzami pracujemy nad tym, by te warunki udało się spełnić. Nie jest łatwo, nie ma się, co oszukiwać by awansować i zaistnieć w III lidze potrzebne są pieniądze. Trzeba je pozyskać od sponsorów i własną działalnością, bo naszego miasta nie stać na pokrycie całego budżetu.

Dzięki dyrektorowi Romanowi Czyżewskiemu, zostałem też nauczycielem w Gimnazjum nr 3 i coraz bardziej mi się to podoba, choć tegoroczna reforma w oświacie, powoduje, że nie wiadomo, co będzie dalej. Chciałbym doczekać prawdziwej klasy sportowej w Skierniewicach, może udałoby się ją zrobić w „trójce”.

– Jak ocenisz dzisiejszą piłkę nożną, co się zmieniło, od czasu, gdy sam przestałeś grać?

Zmieniło się wiele, postęp technologiczny poza wygodą przyniósł też wiele niebezpieczeństw i pułapek. Kiedyś spędzaliśmy po kilka godzin dziennie grając w piłkę, obecnie wielu woli komputer.

Drastycznie spada zainteresowanie sportem. Młodzież nie garnie się do ciężkiej pracy, odzwyczaja się od rywalizacji, która ją przerasta. Ucieka, więc w Internet, bo tu anonimowo można poczuć się lepszym i odreagować stres.

By odnieść jakikolwiek sukces trzeba na niego zapracować, im ciężej tym większy sukces. Nie wszyscy to potrafią znieść, widzę, na co dzień jak młodzież się poddaje zrzucając winę na wszystkich w koło, zamiast pomyśleć, co mogę poprawić by stać się lepszym. Osiągnięcie jakiegokolwiek sukcesu nie jest łatwe i trzeba najpierw ponieść wiele porażek, trzeba być cierpliwym, a to niestety cecha na wymarciu. Dlatego nauczyłem się cieszyć z każdego sukcesu, nawet z pozoru najłatwiejszego i życzę tego wszystkim. To pierwszy krok do doceniania siebie i swojej pracy, a nie zaglądania innym w życie i obwiniania za swoje porażki. Wielu, niestety również dorosłych, tak robi i wylewa żale na forach internetowych. Może to właśnie, dlatego się im się nie udało, że zamiast spędzić czas na samodoskonaleniu, spędzają czas na pisaniu bzdur w necie?

Ja nie mam na to czasu, ograniczyłem czas na czytanie stron internetowych, wolę go poświęcić rodzinie i czytaniu książek pomagających mi się rozwijać. Dla mnie sukces innych nie jest destruktorem tylko motywatorem. Kiedy komuś udaje się coś ważnego autentycznie się z tego cieszę. Lubię jak komuś w Skierniewicach coś się uda. Tym bardziej, gdy Polakowi udaje się odnieść sukces na arenie międzynarodowej. To sprawia, że czuję się świetnie, bo jeśli komuś się udało i mnie może! To motywacja i tak to odbieram. A porażki? Są stałą nieodłączną składową sukcesu. Trzeba je zaakceptować i przekuwać w zwycięstwa.

– Dziękuję za rozmowę.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here